Azjatycki romans kwitnie: Innisfree, A`Pieu, Ciracle!

Hej!

Dawno nie opowiadałam Wam o azjatyckich kosmetykach, ale to nie oznacza, że dalej z nimi nie romansuję. Wręcz przeciwnie, wciąż jestem ogromną fanką "azjatyków" i w zasadzie dominują one w mojej codziennej pielęgnacji. Dzisiejszy wpis poświęcę zatem kilku azjatyckim produktom, których jeszcze Wam nie pokazywałam. A niektóre z nich powinny się tu znaleźć już dawno! Z góry przepraszam Wasze portfele, ale będzie tu kilka perełek, dla których warto zgrzeszyć :) Na początek przyjrzyjmy się kosmetykom do makijażu, bo tych jest zdecydowanie mniej. 




Azjatyckie marki nie przestają zadziwiać mnie swoimi pomysłami na oryginalne opakowania. Kiedy tylko zobaczyłam nową serię the Saem wyglądającą jak puszki z farbą wiedziałam, że zagoszczą na mojej toaletce (i tak też się stało). Pierwsza mini-puszeczka to Lip Paint w kolorze 05 Mauveglow. Jest to intensywny odcień róży herbacianej, odrobinę wpadający w czerwień. Bardzo intensywny, jak zresztą wszystkie przedstawione na stronie. Koniecznie muszę jednak sięgnąć po odcień Ash Rose! Sama pomadka przepięknie - cukierkowo pachnie i jest bardzo aksamitna. To nie jest matowa, zastygająca pomadka, ale ma właściwości typowego azjatyckiego tintu, czyli usta są zabarwione przez wiele godzin. Dodatkowo zapewnia nawilżenie i nosi się bardzo komfortowo. Bierzcie, póki są, bo to pewnie edycja limitowana! :) 




Druga farbka to Eye Paint 05 Mocha Bisque, czyli ciemnobrązowy cień w kremie. To prawdziwa petarda - cień świetnie się rozprowadza, nie robi plam i jest aksamitny. Stanowi świetną bazę pod cienie "klasyczne", ale równie dobrze radzi sobie stosowany samodzielnie. Można budować jej krycie i najlepiej nakładać ją palcem - roztarty cień wygląda bardzo naturalnie. Zastyga i jest później nie do ruszenia, więc bez obaw - nie zniknie w ciągu dnia. Z chęcią sięgnę jeszcze po inne odcienie, bo kuszą mnie swoim błyskiem. No i powiedzcie... czyż nie wyglądają uroczo? 



Pozostając w temacie ust mam Wam do pokazania jeszcze jedną pomadkę. Etude House Dear My Blooming Lips-talk Matt w kolorze PK025. Cukierkowe opakowanie skrywa w sobie równie cukierkowo - pachnącą pomadkę o matowym wykończeniu. Kolor jest bardzo intensywnym różem wpadającym w chłodne tony. Z pewnością należy on do tych odważnych, dlatego noszę go na specjalne okazje. Bardzo polubiłam się jednak z aksamitną, satynową formułą pomadki, nie jest to typowy tępy mat. I tak jak w przypadku Lip Paint'u tu również barwnik mocno trzyma się ust, więc nie musicie obawiać się o zjadanie się pomadki :) Przy następnych zakupach na Jolse z pewnością sięgnę po inny kolor :) Doświadczenie z azjatyckimi produktami do ust nauczyło mnie, że w większości przypadków oprócz intensywnego koloru pomadki mają jeszcze właściwości pielęgnacyjne i za to bardzo je lubię i często po nie sięgam. 




Ostatnio jednak polubiłam się jeszcze z dwoma typowo pielęgnacyjnymi kosmetykami do ust. Co ciekawe oba oparte są na miodzie, który moje usta wyraźnie polubiły. Pierwszy z nich to olejek A`Pieu Honey&Milk, który w swojej konsystencji przypomina miód właśnie. Oczywiście przepięknie słodko pachnie i bezproblemowo rozprowadza się na ustach, za pomocą dużego aplikatora. Muszę też wspomnieć, że w porównaniu do innych olejków (tych europejskich), których używałam, ten jest bardzo wydajny. Używam go od grudnia, a śladów użycia praktycznie nie widać. Bardzo lubię stosować go nie tylko na noc, ale i w ciągu dnia. Nie spływa z ust i pozostawia przyjemną warstwę, która skutecznie chroni usta i błyskawicznie je zmiękcza. Polecam zdecydowanie fankom płynnych matowych pomadek - nałożony przed i wytarty chusteczką znacznie zwiększy komfort ich noszenia ;) 



Podobne, choć jeszcze bardziej odżywcze działanie ma Innisfree Lip Sleeping Pack with Canola Honey, który mam jeszcze w bożonarodzeniowej szacie graficznej. To jest dopiero tytan wydajności - opakowanie 20g starczy mi pewnie na rok (albo i dłużej). Maska pachnie czystym miodem, ale zawiera również odżywcze masło shea. Bogata konsystencja tworzy na ustach nawilżającą warstwę, która jest bardzo komfortowa i mocno nawilżająca. Warto nałożyć grubszą warstwę, bo część może wytrzeć się w poduszkę. Całonocna maseczka sprawia, że rano usta są mięciutkie, a o suchych skórkach nie ma mowy. To zdecydowanie dwa najlepiej nawilżające i odżywcze produkty do ust, jakie kiedykolwiek miałam i wszystkie... ekhm, jajeczka i inne sztyfty mogą się po prostu schować :) 



Zapraszam Was teraz do pielęgnacji twarzy, a dokładniej okolic oczu. Jako posiadaczka wielkich worów pod oczami dbam o te miejsca wyjątkowo. Skończyły się już moje ulubione płatki ze Skin79, o których wspominałam Wam TUTAJ i postanowiłam tym razem spróbować bardzo polecanych w sieci Petitfee Gold&Snail Hydrogel Eye Patch. Podobnie jak w przypadku płatków od Skin79, mamy tutaj 60 sztuk, które starczają na 30 użyć. Ja zazwyczaj wykonuję taki zabieg 2-3 razy w tygodniu, w zależności od tego czy mam dużo nieprzespanych nocy. Płatki są dobrze nasączone esencją, ładnie przylegają do skóry i zapewniają przyjemny chłodek. Taki kompres zawsze pomniejsza opuchliznę pod oczami i wygładza delikatną skórę. Muszę jednak przyznać, że dla mnie płatki Petitfee... kompletnie nie różnią się od tych ze Skin79. I w sumie bardzo mnie to cieszy, bo wychodzą znacznie korzystniej cenowo - za opakowanie na Jolse trzeba zapłacić ok. 35 zł, a nie 100 zł, jak w przypadku "konkurencji" :) 




Zawsze cenię sobie chłodek pod oczami, ale postanowiłam również wypróbować "ogrzewania" w postaci Innisfree Relaxing Eye Warmer. Jest to materiałowa maseczka na oczy z uroczym nadrukiem - pandą, którą przyczepiamy sobie za uszy. Jakimś magicznym sposobem po wyjęciu z opakowania opaska zaczyna dość mocno, ale przyjemnie grzać (coś jak zimowe, kieszonkowe ogrzewacze do dłoni). Muszę przyznać, że takie ciepło również przyniosło ulgę moim zmęczonym oczom, a skóra pod oczami wydała się bardziej wygładzona. To przyjemny gadżet, który warto zabrać w długą podróż :) 



A na koniec magik od zadań specjalnych, czyli Ciracle Pimple Solution Pink Powder. Po markę Ciracle sięgnęłam jakiś czas temu, ponieważ spotkałam się z pozytywnymi opiniami od osób z cerą problematyczną - jak moja. Lotion i Red Spot Cream nie zachwyciły mnie, ale w tej małej ampułce drzemie naprawdę ogromna siła. Mamy tu dwufazowy "eliksir", czyli żółte wodniste serum i różowy piasek, których nie należy razem mieszać (!). Płynna warstwa zawiera w sobie kwasy BHA i AHA, które pomagają złuszczać i oczyszczać skórę. Różowy "puder" to pył wulkaniczny, kalamina i siarka. Nakłada się to w specyficzny sposób - patyczkiem kosmetycznym należy dotknąć dna, tak aby załapać proszek i nakładać na pojedyncze niedoskonałości. Uwaga, może zaszczypać! Działanie jest jednak naprawdę rewelacyjne. Na następny dzień (polecam stosować na noc) po mniejszych niedoskonałościach nie ma śladu, a te większe są wyraźnie zredukowane, zagojone i praktycznie bez stanu ropnego. Do gigantów potrzebne będą dwie aplikacje i po kłopocie :) Uwaga, uwaga, ogłaszam wszem i wobec, że to najlepszy punktowy preparat na niedoskonałości, jaki kiedykolwiek miałam. Działa szybko i skutecznie, a przeciwzapalne właściwości sprawiają, że "nieprzyjaciele" nie roznoszą się na inne miejsca na twarzy. Przyjrzę się jeszcze dokładniej marce Ciracle, może znajdę podobne perełki :)  




Znacie któryś z tych produktów? Lubicie płatki pod oczy i jesteście w stanie mi jakieś polecić? Jakie są Wasze azjatyckie perełki? Też lubicie te urocze opakowania?


Ściskam!




Podobne wpisy z tej kategorii

24 komentarze

  1. Ostatni produkt bardzo mnie zaciekawił :) ale faktycznie cenę też ma ciekawą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo dałam link do 3 opakowań! Już podmieniam link :)
      http://jolse.com/product/ciracle-red-spot-pink-powder-16ml/1099/?cate_no=104&display_group=1

      Usuń
    2. To już lepiej :) nie zwróciłam uwagi, że tam były 3 opakowania :)

      Usuń
  2. ja z A'pieu kupilam sobie ostatnio dwie maseczki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak? Ja polubiłam bardzo te ich brzoskwiniowe, ale z opakowaniem mleka średnio mnie urzekły :)

      Usuń
  3. Ja mam od the Saem matowy Tint mousse w kształcie cukierka i totalnie się w nim zakochałam! Jest lekki, długo utrzymuje się na ustach,a do tego kolor Chai Tea cudownie pachnie herbatą 😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też go mam! I też bardzo lubię! Ojaaa muszę sprawdzić ten odcień :D

      Usuń
  4. Powiem Ci , że mnie petittfee uczula :( mega pieczenie pod oczami - bleee ... ale ten ciracle uuu mistrzunio nie wiedziałam o jego istnieniu a to błąd !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuu kiepsko bardzo :C A też niedawno odkryłam Ciracle, jak szukałam właśnie czegoś na niedoskonałości :)

      Usuń
  5. Ciekawi mnie ta maseczka do ust Innisfree :) A płatki - bardzo lubię te z ostatnich moich nowości, petitfee z czarną perłą i złotem chyba... xD Nie pamiętam teraz ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam z ciekawością, bo sama właśnie skończyłam pisać post o kolorówce z Innisfree, który pojawi się po południu, zapraszam :) Ja mam 2 szminki z Etude House i słabo trafiłam - jedna to kolor w ogóle nie taki, jaki myślałam, że będzie, a druga kolor ma OK, ale jest bardzo kremowa i szybko się zjada. Lubię też te ciepłe maseczki na oczy (ale kupuję japońskie w opakowaniu 5szt, bo bardziej się opłaca) szczególnie w samolocie pomagają mi zasnąć. O Ciracle też czytałam wiele dobrego (to marka-siostra Cosrx!) ale tym płynem na niedoskonałości naprawdę mnie zainteresowałaś, będę musiała poszukać!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zakupiłam sobie płatki pod oczy tej marki ale z EGF ;). Jeszcze leżą nie używane i w sumie sama nie wiem czemu, chyba lenistwo.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszystko poza tymi "farbkowymi" rzeczami kojarzę z widzenia :D. Ten dwufazowy preparat to coś podobnego, co kocham ja, czyli preparat z Lierac! Jestem szalenie ciekawa jak mają się te dwa do siebie, ale mam też większą nadzieję, że nie przyjdzie mi już stosować takich preparatów.

    OdpowiedzUsuń
  9. Śliczny kolor pomadki, śliczne zdjęcia, ale muszę wrócić doczytać bo dziś ledwo widzę :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie zam tych produktów, ale czerwony kolor na ustach w tym odcieniu i w takiej konsystencji wygląda świetnie! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zaciekawiły mnie te produkty :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wow, te czerwienie są super :)

    OdpowiedzUsuń
  13. wstyd się przyznać ale poza kremami BB azjatyckiej kolorówki kompletnie nie znam :-/

    OdpowiedzUsuń
  14. Same dobroci i jak pięknie wyglądają :) Ta maseczka z pszczółką najbardziej mnie zaciekawiła :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Pomadki maja przepiękne kolory, szaty oczywiście też. Masz rację, opakowania azjatyckich kosmetyków są przeurocze, już od samego patrzenia, chce się je mieć :) Olejek i maseczka do ust strasznie mnie kuszą, w sumie płatki pod oczy też chcę... :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Lip Paint i Eye Paint mają przezabawne opakowania :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Etude ma piękny kolor, ale chyba jednak A'pieu podbiło moje serce. Szukam ostatnio płatków pod oczy - to chyba wszystko czego teraz mi trzeba :)

    OdpowiedzUsuń
  18. żadnego z tych kosmetyków nie znam ale zakochałam się w Twoich bajecznie pięknych zdjęciach !

    OdpowiedzUsuń
  19. Fajne kolory pomadki i oczywiście świetne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń

Zostaw komentarz - jestem ciekawa Twojego zdania!
Możesz to zrobić nawet jako anonim! :)
♥ ♥ ♥

Subskrybuj Wpisy

Dodaj swój e-mail i otrzymuj powiadomienia.