Błoto, ślimak i żeń szeń w płachcie, czyli maseczkowe nowości ♡

Hej!

Stosując namiętnie koreańską pielęgnację przyzwyczaiłam się już do przeróżnych nietypowych składników w kosmetykach. Nieobce są mi również nietypowe formuły i niecodzienne rozwiązania, ale mimo to bardzo często daję się jeszcze zaskoczyć. O tym, że uwielbiam maski w płachcie nie muszę chyba nikomu mówić, prawda? A z pewnością każdy, kto u mnie bywa powinien to wiedzieć. Jakiś czas temu trafiły do mnie 3 maseczkowe nowości, w różnych przedziałach cenowych i o różnych właściwościach. Pozwólcie, że opowiem Wam jak się u mnie sprawdziły i co o nich sądzę!



Błoto na bawełnianej płachcie? Aprilskin Mummy Mud Mask!

Tak, ta maska zdecydowanie mnie zaskoczyła. Widzieliście jednocześnie maskę glinkową i na płachcie? Tak, tylko Azjaci mogli wpaść na taki pomysł! Maska marki Aprilskin oparta jest na białej i hawajskiej glince, zawiera również sól morską i pył wulkaniczny. Przeznaczona jest raczej dla cer zanieczyszczonych, problematycznych, mieszanych i tłustych - wrażliwcy powinni uważać. Maska ma działanie oczyszczające i normalizujące sebum. Różni się od innych tym, że jest podzielona na dwie części: czoło z nosem oraz brodę i żuchwę. Dzięki temu można lepiej dopasować płachtę do twarzy, a przy okazji nie ma ryzyka ubrudzenia się "błotkiem". Płachta zabezpieczona jest również specjalną folią. Trzeba przyznać, że jakość wykonania jest na najwyższym poziomie.

Dzięki temu, że glinka nie jest położona samodzielnie na twarz można maskę trzymać na twarzy aż do 30 minut. Jest bardzo komfortowa i nie towarzyszy jej charakterystyczne dla glinek uczucie ściągnięcia. Cera po jej użyciu stała się mniej poszarzała, wyraźnie oczyszczona, matowa i gładka. Bardzo lubię taki efekt, bo mam wtedy wrażenie, ze wreszcie skóra jest porządnie czysta. Lubię się dotykać po tak gładkiej skórze (pamiętając o czystych dłoniach!), trochę podziwiam wtedy właściwości glinek :) Nie wyróżnia się jednak ona na tle chociażby maski ze Skin79 czy błotnej z Sephory. Po prostu ciekawa i wygodna jest tutaj forma podania - idealna dla podróżujących.


Ślimak, ślimak... Cosrx Holy Moly Snail Mask! 

Uwielbiam filtrat ze ślimaka jako składnik kosmetyków. Nie jest to moja pierwsza ślimakowa maska, ale pierwsza od Cosrx. Ślimak wzbogacony jest dodatkowo wodą z czerwonego żeń-szenia. Maska ma mieć działanie wygładzające, nawilżające i odżywcze. Sprawdzi się dla każdego typu cery, ale przede wszystkim polecam cerom dojrzałym i suchym. W tym przypadku płachta była już normalna, wiec nie będę Was straszyć moją facjatą na zdjęciach ;) Pozytywnie zaskoczyło mnie odpowiednie nasączenie esencją bawełnianej płachty, która miała tylko jedną wadę - zbyt mały otwór na oczy. Musiałam odrobinkę go sobie powiększyć, ale to dość często mi się zdarza. 

Używałam maski po peelingu i muszę przyznać, że zapewniła mi przyjemnie uczucie ukojenia skóry, wyczuwalny też był delikatny chłodek. Podoba mi się subtelny słodki zapaszek - pod tym względem Cosrx wygrywa dzisiejsze zestawienie. Muszę przyznać, że obietnice producenta co do działania zostały spełnione, rzeczywiście skóra po użyciu maski stała się dogłębnie nawilżona, bardziej napięta i wygładzona. Nie miałam ochoty używać już czegokolwiek innego na twarz. Jest to najtańsza z masek, które dziś Wam tu pokazuję, a to sprawia, że na pewno do niej wrócę. Bo działanie jest świetne! Porównywalne do droższych produktów od konkurencji ;)



Korzenny śmierdziuszek: Aprilskin Honey&Red Ginseng Mask!

Bardzo lubię dodatek miodu do wszelkich maseczek. Niestety w tej propozycji od Aprilskin króluje czerwony żeń-szeń (aż 86% ekstraktu!), a ten jak wiadomo ma dość charakterystyczny, silny zapach. Maska polecana jest głównie dla cery suchej, ale tak naprawdę uważam, że będzie świetnym urozmaiceniem pielęgnacji dla każdego typu cery. Ma działanie nawilżające, wygładzające i zapobiegające utracie wody. Tutaj znów płachta była całkiem zwyczajna i równie dobrze nasączona, co w przypadku Cosrx. Tylko ten zapaszek... uderzył w mój wrażliwy nos już od rozerwania opakowania. Przemogłam się jednak, bo po analizie składu stwierdziłam, że warto czasem się poświęcić.

Solidna płachta błyskawicznie dała się dopasować do twarzy. Muszę przyznać, że chłodzące uczucie towarzyszące aplikacji było nad wyraz silne. Spotęgowało to bez wątpienia natychmiastowy efekt nawilżenia, bo czułam się jakbym była pod wodospadem, ale woda wpadałaby mi "pod skórę"... Wiecie, taki ogromny zastrzyk wilgoci! Do tej pory stosowałam niewiele maseczek, które zapewniłyby mi takie doznania. Po maseczce nie musiałam używać już czegokolwiek, bo skóra przez długi czas została nawilżona, a w dodatku była niesamowicie przyjemna w dotyku i jeszcze bardziej jędrna, niż zwykle. Taka "napakowana" nawilżeniem - zdrowo błyszcząca i promienna. Mam nadzieję, że moje opisy Was nie przerażą, staram się najbardziej jak mogę! :)


Gdybym miała wybrać ulubieńca spośród tych 3 dzisiejszych gwiazd to szczerze przyznam, że miałabym problem. Każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego i każdą z nich chciałabym spróbować ponownie. Zapewne najszybciej zainwestuję w ślimaczka z Cosrx, bo po prostu wypada dobrze cenowo. Ale nawet śmierdzący żeń-szeń szalenie przypadł mi do gustu. Co do maseczki błotnej - chyba pozostanę jednak przy standardowych glinkach i maskach w słoikach, ale takie rozwiązanie będzie idealne na wakacje czy w dłuższą podróż.

Wszystkie trzy maski możecie kupić TUTAJ.


A wy jakie maski w płachcie ostatnio odkryliście? Co sądzicie o tych przedstawionych przeze mnie?




♡ ♡ ♡

Podobne wpisy z tej kategorii

21 komentarze

  1. Też miałam maskę glinkową na płachcie (z marki I'm sorry for my skin) i bardzo się z nią polubiłam: mniej kłopotu ze zmywaniem, czysta umywalka i nie zasycha zbyt szybko, a rezultaty super. Ślimaczka z Cosrx też bardzo lubię, za to nic z żeń-szeniem jeszcze nie stosowałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, mi się nie zawsze chce paprać z glinkami ;d Ja miałam kilka maseczek żeń-szeniowych i wszystkie miały charakterystyczny zapach, ale wynagradza to fajne oczyszczające działanie :)

      Usuń
  2. Bardzo ciekawe maski, nie miałam żadnej z nich niestety

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znam tych masek, ale wszystkie bardzo mnie zaciekawiły i chętnie je wypróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow! błotko w płachcie - mega ! :D Z chęcią bym wypróbowała :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Pierwszy raz widzę te maski. Wydają się ciekawe :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mummy Mud Mask to coś dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam glinki, wersja w płachcie bardzo mnie zainteresowała :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny blog. Obserwuję :)
    xcapableofanything.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Juz mi się podobają, ostatnio mam dużą fazę na maski :))

    OdpowiedzUsuń
  10. Ta glinka w płachcie musi być super! Sama uwielbiam glinki, ale ich nakładanie i później zmywanie jest dość problematyczne. Zawsze nakładam tego typu maski bezpośrednio przed pójściem pod prysznic ;). A tu proszę, wystarczy zdjąć płat! Ekstra :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, ja zmywam gąbeczką konjac, ale i tak mnóstwo pracy to zajmuje :D

      Usuń
  11. Jeszcze nie używałam żadnych masek w płachcie. Te wyglądają naprawdę fajnie. Z chęcią bym je wypróbowała :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Sama nie wiem, na którą bym się skusiła. Ostatnio zewsząd nas bombardują reklamami maseczek ;) aż się w głowie kręci :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, po prostu azjatycki rynek obfituje w różnego rodzaju maseczki - azjatki stosują je jako stały krok w codziennej pielęgnacji :)

      Usuń
  13. Z tych 3 miałam tylko Holy Moly i uważam że są rewelacyjne.

    OdpowiedzUsuń
  14. Polecam z czystym sumieniem przetestować trudno jeszcze dostępną ,ale już nie długo będzie dostępna ;maskę w płachcie Neogen z witaminą C ,jest z porządnej tkaniny ,pięknie się układa i dostosuje do twarzy , działa fantastycznie już od pierwszej maski ,jestem pod jej aktualnym wrażeniem ,

    OdpowiedzUsuń

Zostaw komentarz - jestem ciekawa Twojego zdania!
Możesz to zrobić nawet jako anonim! :)
♥ ♥ ♥

Subskrybuj Wpisy

Dodaj swój e-mail i otrzymuj powiadomienia.